Z domu Guna Yala po Islenos
- Gabriel Kania
- 1 mar
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 20 kwi
Istnieją na mapie świata miejsca, w których czas zdaje się płynąć innym, wolniejszym rytmem, a granice między rzeczywistością a marzeniem sennym ulegają zatarciu. Rejs po wodach Panamy i Kolumbii na pokładzie s/y Albert to coś więcej niż przemieszczanie się z punktu do punktu. To zanurzenie w świecie, gdzie natura wciąż dyktuje warunki, a my jesteśmy jedynie uprzywilejowanymi obserwatorami jej potęgi i piękna.

Opowieść od początku do końca.
Nigdy wcześniej nie byłem w Panamie. Gdzieś w głębokiej podświadomości widziałem jednak siebie stawiającego stopę na bezludnej wyspie tak egzotycznej że serce podchodzi do gardła a oddech staje się krótki i rwany.
Tę chwilę wizualizowałem sobie żeglując po Antylach, Wyspach Dziewiczych czy Seszelach jeszcze osiem lat temu, marząc o miejscu które wyrwie mnie z rzeczywistości. Jak jest naprawdę?
Linton Bay to czysta i bezpieczna marina w samym sercu dżungli i to takiej na serio:
z małpami wężami i kajmanami. To kluczowa baza w której można szybko i tanio zaopatrzyć oraz naprawić jacht.
Dotarcie tutaj z Majorki zajęło nam kilka miesięcy ale do rzeczy. Z lotniska do portu można dojechać tak zwanym Chicken Busem czyli starym fantazyjnie pomalowanym amerykańskim autobusem szkolnym. Co prawda przez dziury w podłodze widać asfalt
a kierowca pędzi tak jakby zostawił w domu włączone żelazko ale zazwyczaj udaje się dotrzeć na miejsce bez strat w ludziach ewentualnie w uzębieniu.
To czyste szaleństwo które od razu ustawia poziom adrenaliny na właściwym poziomie.
Pora ruszać. Z Puerto Lindo do pierwszej wyspy dzielą nas 43 mile przyjemnej żeglugi od bajdewidu do półwiatru z uwzględnieniem ominięcia załamujących się fal w połowie drogi.
Widziałem jacht płynący po zawietrznej stronie mielizny jednak nie jestem aż tak odważny; żeglowanie po pełnym morzu na dwu lub trzymetrowych falach jest dla mnie znacznie bardziej komfortowe.
Archipelag od wschodu otwiera wyspa Porvenir. To kluczowe miejsce tam należy uiścić opłatę na rzecz Kongresu Guna Yala, który sprawuje pieczę nad tym regionem.
Choć znajduje się tam lotnisko, wyłaniające się z oddali palmy kokosowe już robią ogromne wrażenie. Po dopełnieniu formalności czeka nas swobodne żeglowanie po wodach San Blas niezwykle dobrze osłoniętych rafami.
Liczba wysp na horyzoncie jest oszałamiająca dlatego plan podróży musi być precyzyjny. Prawie każda wyspa otoczona jest zdradliwą rafą a wejścia do zatok często bardzo wąskie, nie są w żaden sposób oznakowane. W tym regionie obowiązuje zasada Eyeball Navigation czyli po prostu nawigacja na oko. Najlepiej wchodzić do zatok między 1100 a 1400 kiedy słońce jest wysoko, wtedy najwyraźniej widać wszelkie wypłycenia.
Nagrodą jest turkusowa woda i piękne rafy. Rekiny, płaszczki co kto lubi. Kotwicowiska są zazwyczaj niewielkie ale umówmy się: jachtów nie ma tu aż tak wielu.
Podstawa to dobrze trzymająca w piasku kotwica i długi łańcuch.
Guna Yala to lokalna społeczność i jedno z niewielu miejsc na świecie gdzie rdzenna ludność zdołała zachować niemal pełną autonomię.
Społeczeństwo Guna jest matrylinearne: nazwisko i dziedziczenie przechodzą w linii żeńskiej a po ślubie to mężczyzna wprowadza się do domu żony.
Niegdyś walutą na wyspach był dosłownie kokos. Do dziś obowiązuje tu ważna zasada: nigdy nie podnoś kokosa z ziemi na bezludnej wyspie. Choć wydaje się niczyj dla ludu Guna jest on prywatną własnością. Podniesienie go jest traktowane tak jakbyś wyciągnął komuś banknot z portfela.
Cały archipelag powala egzotyką i klimatem jednak moim zdaniem najpiękniejszym rejonem jest Islas Maqui. W słynnym The Swimming Pool na Cayos Holandes te turkusy wręcz mienią się w oczach a brak tłumów daje upragniony spokój duszy.
Jednak ten przystanek w Panamie powoli dobiega końca a przed nami otwiera się przejście które nie jest zwykłą granicą lecz portalem do zupełnie innej energii.

Zostawiamy za sobą uporządkowane kanały i ruszamy tam gdzie dżungla dosłownie wpada do morza.
Pierwszym punktem po drugiej stronie jest Sapzurro. To miejsce w którym czas przestał płynąć dekady temu.
Mała senna zatoka otoczona stromymi wzgórzami wita ciszą którą przerywa jedynie szum fal i okrzyki papug. Nie ma tu samochodów, nie ma pośpiechu jest tylko soczysta zieleń
i ścieżka prowadząca przez las do wodospadów.
To idealny moment na złapanie głębokiego oddechu i poczucie pod stopami miękkiej ziemi Kolumbii, która pachnie wolnością i obietnicą przygody która zaraz rozsadzi nam serca.
Z Sapzurro płyniemy dalej wzdłuż dzikiego wybrzeża czując na twarzy słoną bryzę i coraz mocniejsze, palące słońce aż na horyzoncie majaczy Isla Fuerte.
To wyspa dla tych którzy szukają autentyczności bez turystycznego lukru. Wielkie drzewa kroczące, których korzenie przypominają mityczne stwory dominują nad krajobrazem
a lokalni mieszkańcy z najszczerszym uśmiechem wskazują drogę do najstarszych olbrzymów.
Panuje tu specyficzna niemal mistyczna atmosfera a wieczory spędza się na obserwowaniu leniwców i słuchaniu opowieści o dawnych piratach które niosą się echem między gęstymi liśćmi przypominając że świat jest znacznie większy niż nasze codzienne troski.
Kolejny etap to archipelag San Bernardo gdzie krew zaczyna szybciej krążyć w żyłach na widok nierealnego wręcz bezwstydnego błękitu wody.
Tutaj krajobraz staje się jaskrawy i tak intensywny że aż boli wzrok. Odwiedzamy Santa Cruz del Islote najbardziej zagęszczoną wyspę świata gdzie każdy metr kwadratowy tętni surowym życiem a domy stoją niemal jeden na drugim, tworząc fascynujący ludzki labirynt na samym środku oceanu. To niesamowity i głęboko wzruszający kontrast dla pobliskiej wyspy Tintipán, gdzie biały piasek oślepia swym blaskiem a krystaliczna głębia pozwala zapomnieć o istnieniu cywilizacji, zostawiając nas sam na sam z potęgą oceanu
i własnymi myślami.
Płynąc dalej docieramy do wysp Rosario.
To już prawdziwy przedsmak tego co czeka nas na stałym lądzie ale wciąż w wydaniu rajskim ulotnym i nieuchwytnym.
Podwodne ogrody koralowe tętnią życiem a woda ma tyle odcieni turkusu że trudno uwierzyć w ich autentyczność bez dotknięcia tafli dłonią.
To miejsce gdzie słońce operuje najmocniej a zapach smażonej ryby i słodkiego kokosowego ryżu staje się nieodłącznym elementem dnia, sycąc zmysły i duszę spragnioną nowych doznań.
Podróż kończymy w Kartagenie.
Zamiast sennych wiosek z oddali wyłaniają się potężne szklane wieżowce które tną błękit nieba niczym lśniące ostrza, zapowiadając powrót do wielkiego świata. Gdy schodzimy na ląd uderza w nas potworny suchy upał który zdaje się zatrzymywać krew w żyłach. Kartagena to miasto kontrastów i nieokiełznanej dzikiej pasji gdzie nowoczesna architektura sąsiaduje z kolonialnymi balkonami uginającymi się pod ciężarem oszałamiająco kolorowych bugenwilli.
Gorący rytm salsy niesie się z każdego zaułka wprost do naszej krwi rozgrzanej do czerwoności.
To właśnie tutaj, w cieniu hiszpańskich fortyfikacji i w blasku słońca odbijającego się
od drapaczy chmur domykamy tę niesamowitą pętlę, zamieniając absolutny spokój dzikich plaż na tętniący życiem radosny i obłędny chaos kolumbijskiej perły Karaibów, która wdziera się pod skórę i zostaje tam już na zawsze.




Komentarze