top of page
gabriel.kania-logo

Travelguidebook.net

Travelguidebook.net

Zapisane w gwiazdach i na mapach: Moja droga przez 54 kraje.

  • Zdjęcie autora: Gabriel Kania
    Gabriel Kania
  • 24 kwi
  • 3 minut(y) czytania

Początek

Czym jest podróżowanie? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dociera do mnie, że na to pytanie nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem, choć po odwiedzeniu 54 krajów powinienem mieć tę definicję w małym palcu.


Moja historia zaczęła się zupełnie zwyczajnie, niemal przypadkowo, gdy w 2013 roku po raz pierwszy wyjechałem do pracy na jacht do Chorwacji. Byłem wtedy innym człowiekiem, pełnym niepewności, a świat wydawał mi się niezmierzonym, groźnym gigantem. Kraj, który wtedy postrzegałem jako odległy i egzotyczny, z każdym dniem spędzonym na wodzie stawał się bliższy, aż w końcu Europa w moich oczach zaczęła się kurczyć, stając się oswojonym, niemal domowym podwórkiem.

Nie trzeba było wiele czasu, bym jako zawodowy kapitan poznał niemal każdy zakątek Morza Śródziemnego i poczuł, że świat jest na wyciągnięcie ręki.



Pomiędzy rajem a lodem

Moja codzienność przez lata była rozpięta między skrajnościami, które uczyły mnie pokory i zachwytu. Z jednej strony były to rajskie, rozleniwione Karaiby, gdzie słońce zdaje się nigdy nie zachodzić, a błękit wody zlewa się z niebem w jedną, kojącą całość.

Tam miałem wrażenie, że dotarłem już wszędzie, a każda kolejna wyspa witała mnie jak starego znajomego.


Z drugiej strony była surowa, bezwzględna Północ, która wykuwała mój charakter w lodzie. Pamiętam rejsy po grudniu i marcu, które były prawdziwym zderzeniem

z żywiołem. Lód skuwaliśmy bezpośrednio z olinowania i pokładu, ponieważ mróz nie brał jeńców.

Do dziś pamiętam to uczucie, gdy zamarzająca oddechem broda stawała się jednością

z kapturem sztormiaka, a ruch zesztywniałymi dłońmi przy linach był walką o każdy centymetr swobody. To były chwile, w których romantyzm żeglarstwa mieszał się

z surowym trudem, a natura na Spitsbergenie czy Grenlandii pokazywała swoją najczystszą, nieludzką potęgę.

W tamtych momentach człowiek czuje się nieskończenie mały, a jednocześnie niesamowicie żywy.



Powrót do korzeni

Tysiące historii, opowieści i przygód rozciągały się od mroźnej północy po kolorową Kolumbię, zielone Seszele czy wietrzne Wyspy Zielonego Przylądka.

Przez lata byłem przekonany, że to właśnie tam, za horyzontem, bije serce prawdziwego życia.

Jednak ostatnio, podczas szczerej rozmowy z kimś bliskim, usłyszałem słowa, które zatrzymały mnie w miejscu skuteczniej niż jakakolwiek mielizna.

Dowiedziałem się, że choć znam na wylot odległe krainy i potrafię nawigować w najtrudniejszych warunkach globu, to o moim własnym regionie, o tej ziemi, z której wyrastam, nie wiem niemal nic. To był moment bolesnego przebudzenia i dziwnego wzruszenia.

Zrozumiałem, że w pogoni za odległym pięknem przeoczyłem to, co mam pod stopami. Prawdziwy podróżnik to nie tylko ten, który kolekcjonuje pieczątki w paszporcie, ale przede wszystkim ten, który potrafi dostrzec magię w porannej mgle nad pobliskim lasem czy w starej, zapomnianej drodze tuż za domem.



Nowy kurs

Czas leci nieubłaganie i dzisiaj widzę, że mój syn jest już w wieku, w którym świat staje przed nim otworem, dokładnie tak, jak niegdyś przede mną.

Moja rola goniącego za kolejną milą powoli schodzi na dalszy plan, a najważniejszym rejsem staje się czas, który ofiaruję jemu i moim bliskim.

Czuję w sobie nową, głęboką potrzebę bycia przewodnikiem, ale już nie dla obcych załóg, lecz dla najbliższych.

Mam w planach pokazać mu każde z tych niezwykłych miejsc, o których opowiadałem mu do snu, od mroźnych skał północy po białe piaski południa.

Chcę, by poczuł na własnej skórze ciepło słońca i surowość wiatru, ale przede wszystkim chcę, byśmy razem nauczyli się kochać to co proste i doceniać spokój domowego ogniska.

Chcę pokazać mu, że każda droga, nawet ta najkrótsza, może być początkiem wielkiej przygody, jeśli tylko idzie się nią z kimś kochanym.

Dopiero gdy wspólnie zrozumiemy, skąd pochodzimy, będziemy gotowi, by wyruszyć razem jeszcze dalej w nieznane, które teraz nie wydaje się już groźne, bo będziemy mieć siebie nawzajem.




 
 
 

Komentarze


bottom of page