top of page
gabriel.kania-logo

Travelguidebook.net

Travelguidebook.net

Słona wolność, czyli opowieść o niebie spotykającym się z oceanem

  • Zdjęcie autora: Gabriel Kania
    Gabriel Kania
  • 8 maj 2025
  • 3 minut(y) czytania

Dawniej oceaniczne żeglowanie miało w sobie coś z mitu.


Było domeną samotników i śmiałków, którzy z mapą, sekstantem i niekończącą się nadzieją wypływali w stronę nieznanego. Niewielkie jachty z drewnianymi masztami

i płóciennymi żaglami odchodziły od brzegu bez żadnej gwarancji powrotu. Liczył się kunszt nawigatora, wyczucie natury i odwaga. Żeglarstwo było wtedy sztuką przetrwania, a każdy rejs, konfrontacją z żywiołem i samym sobą.


Dziś technologia wspiera żeglarza. Pogoda jest bardziej przewidywana, jachty wyposażone w autopiloty, panele słoneczne, odsalarki. Ale istota żeglowania pozostała ta sama: wolność, pokora wobec oceanu, rytm wiatru i fal.

Bo na środku Atlantyku nie ma ucieczki. Żeglarstwo wciąż odziera człowieka z pozorów i stawia go twarzą w twarz z prawdą.


25 grudnia. Martynika.

Święta Bożego Narodzenia.

Zamiast świerków - palmy. Zamiast kolęd - szum fal i śmiech dzieci na brzegu.

Zamiast barszczu, Ti’ Punch: rum z limonką i cukrem trzcinowym, popijany w cieniu kokosów.

Siedzę na pokładzie i myślę: może rzeczywiście jestem wolnomyślicielem.

A może tylko lubię to słowo. Zawsze czułem, że święta mają w sobie magię. Tutaj, w Sainte-Anne, magia ma inny smak. Smakuje solą w powietrzu i światłem odbitym od żagli.

Nie ciągnie mnie na ląd. Bo nie ziemia była celem.

Celem była droga. Atlantyk.

I udało się. Pokonaliśmy go.


Dziewiętnaście dni wcześniej.

Michał już na Sal, jutro wiąże cumy w Mindelo. Czas pakować plecak, nie na wakacje, lecz w podróż. Dwie zapasowe pompy wody, kilka koszulek, trochę bielizny, proszek do prania. W ciepłych wodach nie potrzeba wiele.

Albert, nasz katamaran Bali 4.5, niecałe 14 metrów długości.

Lekko zarośnięty kadłub, trochę postrzępiony, ale piękny genaker i dwa silniki Yanmar.

Nie wygra regat, ale na długich dystansach to bezpieczna i komfortowa jednostka.

Załoga? Międzynarodowa, polsko-argentyńska.

Rozmawiamy po angielsku, ale każdy myśli po swojemu. Większości nie znałem wcześniej, ale ufałem intuicji, na takie rejsy nie zapisuje się byle kto.

I faktycznie, stworzyliśmy dobry zespół. Był też Mariusz, stary przyjaciel z wielu rejsów. Wsparcie pewne.


Sprawdzam prognozy. Kalima otula Wyspy Zielonego Przylądka piaskowym całunem, pasat wieje stabilnie. Czas ruszać.


Wyjście z Mindelo. Wiatr na baksztagu, słońce nisko nad horyzontem. Podekscytowanie załogi unosi się w powietrzu. Wypływamy.

„Wyjść ze strefy komfortu” brzmi jak slogan. Ale tu, na oceanie, nabiera prawdziwego znaczenia. To zostawić za rufą wszystko, co znane, i wyruszyć tam, gdzie każda decyzja ma wagę.

To nie tylko pokonać Atlantyk. To dopłynąć bezpiecznie, by znów móc objąć syna.

Bo każdy rejs, poza przygodą, jest też oczekiwaniem na powrót.

---

Ocean żyje. Żagle w pełni, prędkość pięć, sześć węzłów.

Baksztag, fordewind, rytm jak oddech.

Pasaty niosą nas uczciwie, ani razu nie byliśmy bliżej wiatru niż 160 stopni.

W pewnym momencie uświadamiam sobie, że jesteśmy w samym środku niczego.

Pod nami kilometry wody, wokół tylko niebo i wiatr.

Żadnych lądów, żadnych statków.

Tylko my i ocean.




Na oceanie nie ma rozkazów. Jest odpowiedzialność.

Nie ma gdzie odejść, nie ma drzwi do trzaskania.

Nie ma miejsca na dumę ani na udawanie.

Jest tylko czas. Czas prawdziwy.

Załoga pracuje równo, każdy zna swoje obowiązki. W prostocie i harmonii rodzi się codzienny rytm.

Myślę o dawnych rejsach, o błędach. Czasu nie da się cofnąć, ale można zrozumieć i nie powtarzać. To też sukces. Bez oklasków, ale z ulgą.


Potem przychodzi cisza. Wiatr gaśnie, dryfujemy.

Ktoś pyta o kąpiel. Już wcześniej sam patrzyłem w błękitną otchłań. Zanurzyć się w oceanie na jego środku, to jak dotknąć czegoś nienależącego do tego świata.

Kilometry głębi pod stopami, niebo nad głową, a w sercu spokój.

Chwila na zdjęcia w stylu „cisza na oceanie”, potem uruchamiamy silniki. Wkrótce wraca wiatr, najpierw ze szkwałami i deszczem, później już czysty, pasatowy.

Żagle idą w górę, Albert znów rusza, takielunek śpiewa.



Noc.

Niebo jak ocean światła.

Delfiny płyną wzdłuż jachtu, a plankton rozświetla ich ruchy błękitnym blaskiem.

Fale migoczą, a nad nami wisi Droga Mleczna, jakby była mapą morza.

To nie bajka. To żeglarstwo w czystej postaci.

Sen, który dzieje się naprawdę.


Kolejne dni mijają w rytmie oceanu. Martynika, Saint Lucia, już tylko 700 mil. W spokoju codzienności rodzi się jednak lekki niepokój. Bo życie na oceanie koiło.

Dawało rytm i porządek.

Na morzu często wszystko wydaje się proste. Albo działa, albo nie.

Albo płyniesz, albo stoisz.

Jednak planowanie trasy względem pogody staje się sztuką, każdy ruch może zmienić wszystko. Tym razem chodziło nie o sztorm, lecz o ciszę.

Przesunięcie kursu o 200 mil pozwoliło uniknąć strefy bez wiatru. Doświadczenie, lata żeglugi uczą, że czasem właśnie takie decyzje są kluczem. I faktycznie, na Martynice zatankowaliśmy naprawdę niewiele paliwa.



Rejs dobiega końca.


Dopłynęliśmy. Bezpiecznie. Przywitały nas grudniowe ulewy i upał.

25 grudnia. Święta Bożego Narodzenia.

Patrzę na palmę z prezentami i myślę, udało się.

I wiem, że wrócę.

Dziękuję załodze, przyjaciołom, wszystkim, którzy mnie wspierali.

Dzięki Wam tej zimy znów wypłyniemy w daleki rejs.

Do Kolumbii, Panamy, na Bahamy.

Tam, gdzie wiatr gra na wantach, a morze zna nasze imiona.



Komentarze


Komentowanie tego posta nie jest już dostępne. Skontaktuj się z właścicielem strony, aby uzyskać więcej informacji.
bottom of page